Wyklęci - Zielona Góra

kolejarz ze Świebodzina szpiegiem amerykańskim

Stanisława Jaborskiego rozstrzelano w więzieniu w Zielonej Górze 24 marca 1954 r. o godz. 20.05. Pięć miesięcy wcześniej został skazany na karę śmierci przez Wojskowy Sąd Rejonowy za szpiegostwo na rzecz wywiadu amerykańskiego.

Pięć miesięcy. Tyle czasu potrzebował Bolesław Bierut na ewentualne ułaskawienie. Kiedy przyszła negatywna decyzja, wyrok wykonano natychmiast. Był to kolejny wykonany wyrok śmierci w więzieniu w Zielonej Górze na podstawie orzeczenia WSR.

Agent amerykańskiego wywiadu

Stanisław Jaborski został aresztowany 23 stycznia 1953 r. na Dworcu Zachodnim w Poznaniu w czasie wykonywania zadań agenta. Przyjechał odebrać pod wskazanym adresem przesyłkę, która miała trafić przez łącznika do Berlina Zachodniego. Był dwukrotnie w wyznaczonym miejscu, ale spotkana tam osoba nic dla niego nie miała. Prawdopodobnie to ona powiadomiła Urząd Bezpieczeństwa, że zgłosił się do niej szpieg amerykański, ponieważ w trakcie pierwszego przesłuchania śledczy wiedzieli już, że mają do czynienia z agentem amerykańskiego wywiadu.

Jak to się stało, że zwykły kolejarz ze Świebodzina został pozyskany do współpracy przez wywiad amerykański?

Jaborski pochodził z przedwojennej rodziny kolejarskiej. Urodził się 22 października 1919 r. w Palędziu (woj. poznańskie). Jego ojciec i starszy brat pracowali na kolei. Wychowywał się wśród pięciorga rodzeństwa. Po ukończeniu w 1936 roku Szkoły Wydziałowej im. Karola Libelta w Poznaniu rozpoczął pracę w Zakładach Przemysłowych „Herkules”, gdzie był zatrudniony przez cały okres wojny. Po jej zakończeniu przeniósł się do pracy na kolei w Palędziu. W 1947 r. został służbowo przeniesiony na Stację Rzepin i otrzymał mieszkanie na Dworcu Towarowym w Świebodzinie. Tutaj zamieszkał z żoną Janiną i dwójką dzieci.

Po ukończeniu kursu ajenta w 1950 r. otrzymał pracę w Punkcie Zdawczo-Odbiorczym PKP we Frankfurcie nad Odrą. Zajmował się odprawianiem i przyjmowaniem pociągów polskich. Pojawiła się także dla niego szansa zarobienia dodatkowych pieniędzy, których bardzo potrzebował, by utrzymać rodzinę. Kupował drobne towary w Niemczech, które następnie sprzedawał w Polsce. Ale był to proceder zakazany… 

Siatka szpiegowska w PKP

W Punkcie Zdawczo-Odbiorczym we Frankfurcie pracował również Czesław Przybylski, który nawiązał kontakt z wywiadem amerykańskim. W lutym 1952 r. zbiegł do Berlina Zachodniego i rozpoczął oficjalną pracę w Ośrodku Wywiadu Amerykańskiego. Przybylski znał dobrze Jaborskiego i ufał mu, a ponieważ chciał zbudować siatkę szpiegowską w PKP, skontaktował się z nim przez łącznika. Jaborski dowiedział się również, że za wykonane zadania będzie otrzymywał wynagrodzenie. Po dłuższym zastanowieniu zgodził się. Formalnie zaczął wykonywać zadania dla wywiadu amerykańskiego w połowie lipca 1952 r.

Miał przede wszystkim zbudować siatkę agenturalną w Polsce Zachodniej. Rozpoczął od założenia ukrytych skrzynek kontaktowych w Poznaniu, Wrocławiu, Zielonej Górze i Krośnie Odrzańskim. Znajdowały się one najczęściej w parkach, przy ostatnich przystankach tramwajowych, stadionach sportowych albo w okolicach torów kolejowych. W każdym z miast zorganizował po dwie skrzynki i wykonał szkice ich lokalizacji, o czym zameldował do centrali przez łącznika z Frankfurtu. W grudniu zadanie to kontynuował, po czym doprowadził do pojawienia się kolejnych skrzynek: w Szczecinie, Gorzowie Wlkp., Bydgoszczy i Gubinie. Były one wielokrotnie wykorzystywane przez niego – umieszczał w nich lub odbierał różne przesyłki związane z pracą szpiega (np. zaświadczenia o zameldowaniu i pracy, różne instrukcje, pieniądze itp). Zawsze robił to na polecenie centrali. Od listopada 1952 r. rozpoczął budowanie siatki agenturalnej w dyrekcjach Polskich Kolei Państwowych w Poznaniu, Bydgoszczy oraz w Oddziale Zielonogórskim. Niestety nie zdążył doprowadzić tego do końca.

Najważniejszym zadaniem jednak było przygotowywanie i systematyczne przekazywanie meldunków wywiadowczych. Przez łączników, z którymi miał kontakt we Frankfurcie, przesłał łącznie 25 raportów. Umieszczał w nich przede wszystkim informacje na temat ruchu pociągów na linii Frankfurt n. Odrą – Brześć (rodzaj przewożonego ładunku, liczba wagonów etc.), ale także inne cenne wiadomości, które udało mu się zdobyć (np. opisał sposób wydawania dowodów osobistych w Polsce, przedstawił szczegóły dwóch katastrof kolejowych, komentując, że zostały zorganizowane przez podziemie antykomunistyczne). 

Bogatym wątkiem wielokrotnie poruszanym w meldunkach są dane personalne osób pracujących w kolejowych granicznych punktach zdawczo-odbiorczych i Urzędzie Celnym w Kunowicach. Wskazał osoby podatne „na werbunek” do współpracy z wywiadem amerykańskim. Rozpracował wywiadowczo jednostkę Wojsk Ochrony Pogranicza w Kunowicach. Szczegółowo informował o wszystkich nowych zarządzeniach władz w obszarze kolejnictwa polskiego. Zdobywał i przekazywał wiadomości gospodarcze.

Wywiad amerykański w okresie półrocznej działalności przekazał mu 5900 zł i cztery zegarki jako koszty i wynagrodzenie.

Z nienawiści do władzy Ludowej

Stanisław Jaborski w czasie śledztwa był torturowany przez funkcjonariuszy WUBP w Zielonej Górze.  Świadczy o tym ilość informacji zebranych w protokołach przesłuchań, jak również fakt podjęcia przez niego próby odwołania niektórych zeznań w trakcie rozprawy, gdy oświadczył, że były one na nim wymuszane: „musiałem w lutym w czasie przesłuchań spać nago w zimnym karcerze, na gołym betonie”. Jednak dla sędziego kpt. M. Mirskiego nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ dowodem w sprawie były zeznania złożone w czasie ubeckich przesłuchań – one były nienaruszalne, sędzia jedynie mógł zarządzić ponowne przesłuchanie oskarżonego przez UB, co było równoznaczne ze skazaniem go na ponowne tortury.

Sędziowie nie korzystali z tej możliwości i dlatego w całym tym nieludzkim procederze oszczędzano kolejnych cierpień oskarżonym, co miało być wyrazem ich ludzkiej twarzy. Z żelazną konsekwencją trzymali się zapisów protokołów śledczych. Przed rozpoczęciem rozprawy sędzia już wiedział, jaki wyrok ma wydać. Jest pewne, że sprawa Jaborskiego musiała być omawiana w czasie regulaminowych, systematycznych spotkań Szefa WSR, kpt M. Mirskiego, z ówczesnym I sekretarzem KW PZPR w Zielonej Górze, Feliksem Lorkiem. Brał w nich udział również Rejonowy Prokurator Wojskowy, kpt Zbigniew Domino. Był to proceduralny obowiązek, z którego rozliczano ich.

Po ogłoszeniu wyroku śmierci sędzia wojskowy miał obowiązek sporządzić opinię, która była załącznikiem obligatoryjnego wniosku o ułaskawienie do Prezydenta Bieruta. W opinii o Stanisławie Jaborskim sędzia kpt M. Mirski napisał, że skazany[…]przestępstw swych dopuścił się z nienawiści do władzy Ludowej – na ułaskawienie nie zasługuje[…]”. W czasie wykonywania wyroku na pewno obecni byli sędzia Mirski i prokurator Domino (pozostałe podpisy w protokole są nieczytelne).

Wiele znaków zapytania…

Kilka miesięcy temu, zbierając materiały o wykonanych karach śmierci, dotarłem za mury więzienia przy ul. Łużyckiej w Zielonej Górze. Odbyłem rozmowę z ówczesnym dyrektorem placówki i przedstawiłem mu moje ustalenia w temacie wykonanych kar śmierci w latach 1950-1954 w Zielonej Górze. Chciałem zobaczyć dziś miejsce straceń, ewentualnie uzyskać jakieś informacje o tzw. celach śmierci (skazaniec przebywał w niej od wydania wyroku do dnia rozstrzelania), ale mój rozmówca nic nie wiedział na ten temat – wyraził nawet swoje niedowierzanie i zdziwienie.

Na podstawie dokumentów przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej w Poznaniu  wiemy na pewno, że w okresie funkcjonowania WSR w Zielonej Górze zostało straconych sześć osób: cztery za zabójstwo funkcjonariuszy państwa komunistycznego i dwie za szpiegostwo na rzecz wywiadu amerykańskiego. Zachowały się protokoły ze wskazaniem miejsce rozstrzelania (więzienie Zielona Góra), podana jest data, dokładna godzina wykonania wyroku i godzina stwierdzenia przez lekarza zgonu, a ponadto wymienione są osoby, a właściwie instytucje, obecne przy straceniu skazanego: Prokurator Wojskowy, Szef WSR, Naczelnik Więzienia, Dowódca plutonu egzekucyjnego oraz lekarz. Mógł być również obecny ksiądz – na życzenie skazańca. W wymienionych sześciu przypadkach ani razu go nie było. Czy to znaczy, że więźniowie nie mieli takiej woli?

Widziałem kilkadziesiąt protokołów egzekucji wykonanych w więzieniach w Poznaniu i Wrocławiu z okresu 1946-1950. Nie znalazłem ani jednego przypadku, w którym w tej ostatniej chwili skazańcowi nie towarzyszyłby kapłan. Dlaczego inaczej było w Zielonej Górze? Tajemnicą pozostaje również fakt, gdzie miało miejsce złożenie zwłok. Brak informacji na ten temat rodzi szereg pytań.

Czy nie mamy tutaj do czynienia z podobnym procederem jak na warszawskiej Łączce?

Wyrok unieważniony?

Sprawa Stanisława Jaborskiego znalazła swój ciąg dalszy w latach 90., dzięki jego bratu Piotrowi Jaborskiem. Wystapił on w 1994 r. do Sądu Wojskowego we Wrocławiu z wnioskiem o uniewinnienie, uzasadniając, że Stanisław Jaworski prowadził działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego (Ustawa z 23 lutego 1991 r.) Sąd jednak nie uznał tego wniosku i stwierdził, że fakt skazania na karę śmierci Jaborskiego nie miał związku z działalnością na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego.

Wnioskodawca nie wycofał się z walki o przywrócenie dobrego imienia bratu i złożył wniosek do Sądu Najwyższego. 16 lipca 1996 r. SN w swoim wyroku stwierdził, że WSR w Zielonej Górze popełnił uchybienia proceduralne, polegające na tym, że w trakcie rozprawy sąd był nieprawidłowo obsadzony. W składzie orzekającym bowiem znalazło się dwóch sędziów i jeden ławnik (kpt. Mirski był przewodniczącym składu), a powinien być jeden sędzia i dwóch ławników. Z tego względu postanowiono wznowić postępowanie w sprawie i uznano, że nastąpiło jej przedawnienie. Następnie SN ogłosił jej umorzenie, co oznacza, że wyrok śmierci uznał za nieważny.

Takie zakończenie sprawy budzi jednak zdziwienie i zaskoczenie. Rodzi się pytanie, czy rezydent wywiadu amerykańskiego, działający na szkodę państwa, które było pod sowiecką dominacją, nie zasługuje na inne, bardziej honorowe, unieważnienie wyroku?

 

Marek Budniak

Artykuł został opublikowany w Gazecie Lubuskiej, 10-12 listopada 2017 r.

Przewiń do góry